Autor: John Glatt

Z czym kojarzy się Wam słowo „dom”?

Dla mnie to synonim bezpieczeństwa, troski, wzajemnego wsparcia, ciepła, bliskości… to wspólne chwile przy rodzinnym stole, dzielenie się radościami i smutkami, wspólne wzrastanie w byciu człowiekiem, wspólne starania, by być najlepszą wersją siebie.

W reportażu „Rodzina z domu obok” autorstwa John Glatt dostajemy patologiczny obraz domu, wykrzywiony obraz rodziny, koszmarny obraz rodzica (choć w tym przypadku właściwsze określenie to oprawca).

Luise i David Turpinowie byli przez znajomych i rodzinę uważani za wzorowych rodziców, dbających o trzynaścioro swoich dzieci. Drogie zabawki, ładne ubrania, pyszne ciasto, Disneyland… to tylko zasłona dymna. Nierozpakowane zabawki pokrywały się kurzem, ciasto pleśnią… a to wszystko na oczach wygłodniałych, torturowanych dzieci.

Latami głodzone, bite, przykuwane łańcuchami, pozbawione kontaktu z ludźmi, pozbawione edukacji, a nawet możliwości umycia się… tak wyglądało ich dzieciństwo. Skutki tej tortury były porażające… „dzieci, które doświadczyły chronicznej deprywacji, mogą mieć piętnaście czy dwadzieścia lat, a funkcjonować emocjonalnie i społecznie tak, jakby miały trzy czy pięć.”

Książka mnie zmiażdżyła i choć czytam wiele reportaży, thrillerów, kryminałów… na taki tekst nie byłam gotowa. Płakałam. Krzyczałam ze złości… i zastanawiałam się, jak wiele jest takich domów obok. Polecam sięgnięcie po ten teks, ale ostrzegam, nie można obok niego przejść obojętnie.

Za egzemplarz serdecznie dziękuję Wydawnictwo Filia.